Noc ciemna deszczem zwilżona
Niebo błyska strzałami błyskawic
Dusza człowieka grzechami obciążona
Płacze, całe jego życie na nic.
Związany powrozami sumienia
Chyli czoło przed dziwem natury
Ciało nie ucieka od drżenia
Statek pęka aż lecą wióry.
W oddali świat śpiewa dźwiękami
Wciskają się w każdą szczelinę
Drewno trzeszczy swoimi jękami
Wiatr w trzewiach natury wyje.
Wtem człek unosi głowę
Oczami ratunku szuka
Deszcz topi dobytku połowę
Coś w szybę okna stuka.
Świat od burzy śpiewu oszalał
Wciągnął się w ten cały zamęt
Blady księżyc na to pozwala
I nie zważa na ludzki lament.
Wtem ucho łowi ton nieznany
Człek skupia się i się nie myli
To głos kobiety z gromem zmieszany
Śpiewa pieśń tym co jeszcze żyli.
Pieśń o miłości niesie się echem
Treścią wśród gromów uwodzi
Chór innych zanosi się śmiechem
Zlewa się z grozą powodzi.
Syrena śpiewa wiatr pod oknem wyje
Człowiek zatraca się w rytmach
Żono kochana czy ja przeżyję
Czy w domu naszym stanę drzwiach?
Syrena śpiewa a Odys się łudzi
Ostatkiem sił znosi kuszenie
Tyle się w życiu natrudził
Zagubił rodzinne korzenie.
Nie słucha ni głosu ni burzy
W rytm pieśni kipielą popłynie
W ramionach żony się znów zanurzy
Na nowo miłości odkryje świątynię.