6 czerwca 2024

Druga JA

 Zjawiła się tak nagle 

Przede mną uśmiechnięta

Druga JA

Oddałam uśmiech

Ale wydała mi się

Jakaś obca daleka 

Taka nie JA.

Przywitać się z nią

Czy ją zignorować mimo

Tej samej daty urodzenia?

Niby jesteśmy takie same

A jednak zupełnie inne

Łączy nas rodzina i to

Co przeżyłyśmy

A jednak czuję różnicę.

Pokazuje mi swój świat

Jakby mój ale nie mój

Rewanżuję się

Ale komunikacja nam nie idzie

Ta dziwna rozmowa nie klei się

Nie ma ładunku emocji

Zrywa się i 

Odchodzi.

Żegnaj moje drugie JA

Posyłam uśmiech

Bez radości ot taki zwykły

Uprzejmy.

Pozostał obraz

Zamglone wspomnienie

I rzecz na stole.

Patrzę i poznaję

To pióro naszej matki.

Moja druga JA

Zostawiła mi pióro naszej matki.

Wciąż leży tam

Gdzie je zostawiła.

Wzruszenie.

Łza.

Wspomnienie.

Czy wróci?

Nie wiem czy tego chcę.

16 maja 2024

S ł o w a

 Tak wiele słów przede mną

biegnę za nimi

chcę zagarnąć ich 

jak najwięcej

szczodrze 

nagrodzić znaczeniem

ozłocić tkliwością.


Wzbogacić tak

by każdy je chłonął

czuł ich potęgę

i miał potrzebę używania

do woli

układania w zgrabne

i piękne myśli.


Tak wiele słów za mną

już za nimi nie biegnę

nie zagarniam

zachłannie

już tego nie potrzebuję

bo wszystkie

są we mnie.


Jestem swoimi słowami

czuję ich smak

znam ciężar

i ciepło

są nieskończonością

tak

jestem swoimi słowami.

12 maja 2024

J e d y n k i

 Najpierw oblała go łzami

I obsypała pocałunkami

Potem załatwiła śmiechem

Miała z tego niezłą uciechę.

*

Żył sam w izolacji

Dużo jadł dużo czytał

Sporo też spał

Żył tak jak chciał.

*

Myślał jak opowie Dorocie

Całej obsypanej w złocie

Że uczuć żywi do niej krocie

Tak myślał taplając się w błocie.

*

Jedzie pociąg jedzie

Ludzie stłamszeni jak śledzie

Ledwo oddychają

Ot tak w podróży się mają.

*

Latarnia wieczorem świeci

Pod latarnią kupa śmieci

Ktoś je ładnie poukładał

Bo taka jest zasada.

*

Chluba Polski dąb Bartek

Tysiące dni dzielnie stał

Czas mu się nie dłużył

Stał i... służył.

*

Pąk kwiatu dla rośliny

Jest jak głowa dla ciała

Rosną... dojrzewają i... więdną

Ot historia cała.

*

Ucz się młody cierpliwie ucz

Zapomnisz a i tak będziesz wiedział

Z głowy nikt wiedzy ci nie zabierze

Z nią jest tak jak z jazdą na rowerze.

30 kwietnia 2024

I n c y d e n t

Pewien Pan pewnej Pani

Pewnego dnia w parku

Publicznie arię zaśpiewał

Zachwycona publika brawo biła

Pan dalej śpiewał i śpiewał

Aż biedny z wysiłku omdlewał.


Łaskawa Pani wodę Panu podała

Zgrabną rączką do ust podsuwała

Z wdzięczności za dedykację

W hołdzie dla jej urody i sylwetki

Sama zmięszaną wielce była

Czasem tak mają brunetki.


Pan elegancko podziękował

Zgiął się w ukłonie przed Panią

Melonikiem machnął parę razy

Mrucząc grzecznościową frazę

I rzecz zakończył całusem w dłoń

Pani aż skryła spłonioną skroń.


Parę słów wystarczyło i uśmiech

By oboje państwo nieco wzruszeni

Udali się nieopodal do oranżerii

Na herbatę i konfiturę słodką

Gdzie mogli zabawić się rozmową

Która przebiegała jakże gładko.


Czas mijał Państwo sobą zajęci

Wyglądali razem tak pięknie

Jak z żurnala mody wyjęci

Zwracali na siebie innych uwagę

Nie zauważając wcale jaką wrzawę

Spowodowali i chwilową sławę.


Wstali z chęcią na krótki spacer

Osłonecznioną aleją róż

Pani przodem Pan za nią tuż

Podtrzymywał zręcznie za ramię

To akurat wypadało damie

Wszak tak spacerują Panowie i Panie.


Przechadzali się oboje dalej

Pani się uśmiechała słuchając

A Pan dalej śpiewał dla niej

Lecz dyskretniej co urocze było

I nikogo z obecnych już nie dziwiło

Że tak piękny obrazek jest ulotną dla widza chwilą. 

26 kwietnia 2024

Żartobliwa ballada o poranku

Ani wieczorem, a nawet rankiem wczesnym 

Wcale Go już nie widuję,

A czas ucieka, między palcami się pruje,

Ja cierpliwie wciąż Go oczekuję.


Tymczasem do Niego interesantów sznurek

Stoi pod wielkimi domu drzwiami,

Ja za Niego od nich biorę burę,

A On za ścianą flirtuje z trzpiotkami.


Po śniadaniu dzieci do szkół odprawiam,

Interesantów rozmową zabawiam,

Radio za ścianą za głośno gra,

Moje nerwy pękają w szwach.


A On, On dalej trzpiotkami zajęty,

Muzyka rozrywa świat na strzępy,

Interesanci u progu stoją

W wołaniu męża dwoją się i troją.


To nie poranek, to jakieś igrzyska,

Ś‌wiat do mnie krzyczy na różne sposoby,

Za oknem ciemnieją chmurzyska,

A mnie kompletnie odjęło mowy.


Interesanci już sobie dawno poszli

Wzburzeni na pana Męża.

Dość tego postanawiam wzniośle

I do rąk biorę postanowień oręża.


Idę, pukam do drzwi pokoju, 

A tam cisza jak zasiał makiem,

Nikogo, ani Jego ani żadnej dziewoi,

Tylko kot na fotelu zwany Cudakiem.


Ani wieczorem, ani nawet rankiem wczesnym

Gdzie podział się Mąż a nawet dzieci?

Czy to działa moja wyobraźnia bezkresna

O Rodzinie? Niech mnie ktoś wreszcie oświeci! 

24 kwietnia 2024

D z i e ń

W dzień wypełniony słońcem

Młode pszczoły krążą nad łąkowym kwieciem

Turysta wędruje górskim szlakiem

Dzieci bawią się na podwórku


Wróble ćwierkają na gałęziach

Gospodyni czerpie wiadrem wodę ze studni

W dzień wypełniony słońcem

Kobiety spacerują pod parasolkami


Bezdomny siedzi w swoim kartonie

Ulice tętnią gwarem ludzkim

Nieopodal zaułka stoi koń

Przechodzień obserwuje słońce


Aż po horyzont czyste niebo

Pan z Panią śmieją się do siebie

W dzień wypełniony słońcem

Zegar leniwie odmierza czas


Dopóki słońce świeci z góry

Dopóki wróbel ćwierka na rynnie

Dopóki dzieci są wesołe

Nikt nie myśli o końcu dnia


Tylko bezdomny mruczy coś pod nosem

Mruczy bo nie ma innego zajęcia

Powiada przewiązując sznurówki butów:

Dzień skończy się tak samo jak wczoraj. 

19 kwietnia 2024

O d d a n i e

Powierzam Tobie mnie całą

Zerwij mnie jak zrywasz liście

Może do tego przywyknę

I może Ciebie przeniknę?


Może się z Tobą oswoję

I ogarnę zachłannie całego

I powiem Ci coś miłego

Kochanie moje.


Obsyp mnie róż pąkami

Obdaruj pięknymi słowami

Oddałam Ci się cała

Nie jestem już taka nieśmiała.


Przywyknąć tylko nie umiem

Wybacz ogarnę się i zrozumiem

Że to co mi powierzysz

Na wieki do mnie należy.


Zapewniam, już się nie boję

Kochanie moje! 

15 kwietnia 2024

W i e k

Ile masz lat Kochana koleżanka pyta

Ciekawość myślę może zwykła niewiedza

Zdradziłam przecież liczba nie jest skryta

Jednak w kompleksy wpędza.


Wiek to liczba tylko w głowie siedzi

Za bardzo się nią nie przejmuję

Znajoma o swej liczbie niewyraźnie coś cedzi

Pytana o wiek parę lat sobie odejmuje.


Wszystko zależy kto i jak na nas patrzy

Czy widzi nas młodszą czy starszą nieistotne

Na samą myśl jedna z drugą aż drży

A przecież wiek to pojęcie tak ulotne.


Nie ma potrzeby wieku ukrywać

Ważne jak się dzisiaj czuję

Szkoda czasu się męczyć i tak starać

Niepotrzebnie płeć nasza z wiekiem się biczuje.


Dla jednego brzydula dla innego cud świata

Każdy swoje ma kryterium postrzegania

Nie kłamie tylko urodzenia data

Niczego już nie musi i do udawania nie nakłania.


Na upływ czasu wpływu nie mamy

Wygląd stary czy młody co to za różnica

Bądź młoda Duchem nie patrz na zmiany

Mrzonka o młodości czyniona po próżnicy. 

8 kwietnia 2024

W i e c z ó r

Cisza, zdaje się tą chwilą tajemną i ponurą

Jak przed burzą, gdy niebo zakrywa się chmurą

Ciemną i ciężką dając znak światu,

Że oto nadchodzi groza niespotykanego formatu.

Wydaje się, że zaraz z nieba jasny grom świśnie

I że tuż za nim jedna z błyskawic błyśnie,

Ale nie, zajaśniało coś w dali na horyzoncie,

Potem drugi raz i trzeci, tuż przy lasu froncie

I rozbłysło się po niebie barwą złotych promieni

Cudownych, ludzie stali i patrzyli zadziwieni

Widokiem, zasiedli w miejscach wyłożonych murawą

Urzeczeni siłą Natury, jej zaskakującą postawą.


Cisza, zdaje się, że całe niebo zaczyna się zniżać

Do ziemi, a czarowna chwila zaczyna się wydłużać,

Aż jedno i drugie skryło się za zasłoną ciemną

Jak para kochanków, rozpoczynająca grę tajemną.

Nagle do uszu słuchacza dochodzą dziwne szmery i dźwięki,

Jakieś dalekie i bliskie odgłosy, nieznane jęki i kwęki.

Ucho ludzkie zaczyna rozróżniać tysiąc leśnych gwarów,

Lot owadów, chrzęst gałązek, a nawet bzyczenie komarów.

Szum liści, musze szmery, a nieopodal kwietnej łąki

Wzięły się ostro za łby dwa czarne tłuste bąki.

Wieczorny koncert w parku ogłoszono jako rozpoczęty,

W taki oto sposób jego mieszkańcy stroją swoje instrumenty.


Mrok coraz bardziej swą czernią spowijał okolicę,

Latarnie zaczęły blado oświetlać przyparkowe ulice,

Zazdrosny księżyc swoją srebrną latarnię zapalił

I wypłynął zza drzew i ziemię swą poświatą ogarnął.

Tak oto niebo z ziemią objąwszy się w ramiona

Trwają w uścisku blaskiem księżyca posrebrzone.

A tuż za nim jedna gwiazda, potem jeszcze druga

Mignęła, a za nimi już i milion gwiazd na niebie mruga.

Nadano im imiona, przyznano wielkie znaczenia

By wędrowiec uniknął na ziemi i na morzu błądzenia.

Bo znając na pamięć imię każdej gwiazdy

Mógł wskazywać palcem cel podróży i drogę ich jazdy. 


Nagle kolejna rozbłysła niczym kometa wielka

Zaczęła sunąć po niebie jak po szybie deszczu kropelka.

Zaczepiała inne tworząc z nich jakby klucz ptaków

I leciały nie bacząc, że tworzą nową linię szlaków.

Widok niespotykany, w niejedną historię się wpisywał,

Ten wie, kto często nocami w parku przebywał.

Tymczasem wieczór w głęboką noc się zmienił

Chłód swą ostrością siedzących jak batem zdzielił.

Wiatr wzmagał się, napędzał ciężkie od deszczu chmury

Każdy z mieszkańców parku chował się jak mysz do dziury.

Skończył się ciepły wieczór, nawet gwiazdy znikły z nieba

Pod ciężarem kropli zaczęła wilgotnieć gleba.


Cisza nocna tajemnie i ponuro opanowała świat cały

Zgasły gwiazdy i latarnie, tylko liście drzew drżały

Gdzieniegdzie, chłodnym letnim wiatrem poruszane

Leniwie szumiąc jakby na coś nadąsane.

Wraz z wiatrem kolejna chmura nadpływa wilgotna

Zapowiadając, że noc będzie dzisiaj chłodna i słotna.

Lecz po każdej burzy słońce wschodzi niezmiennie

I zaczyna dzień kolejny jak zawsze promiennie.

A po dniu gorącym wieczór znowu otuli świat chłodem

I znowu Natura obdarzy nas ciekawych zdarzeń korowodem.

Był i gwar wieczorny i chwila ciszy, taka, aż powietrze stało

Spięte i dziwnie milczące, jakby na coś nowego czekało.